niedziela, 10 kwietnia 2011

Wstępu część 1


WSTĘP. cz1
Ludzie mawiają, że alkohol nie daje szczęścia, pieprzą bzdury. Dla kogoś kto nie jest w stanie poradzić sobie z brudem świata alkohol jest choć w małej cząstce substytutem radości, której tak namolnie szukają. Pełznąc  jak ślimaki po miejskich trawnikach pełnych gówna gówna, taplając się w błocie, próbują znaleźć właściwą drogę. Niektórym uda się w końcu doczołgać do końca usianej fekaliami, moczem, straconymi szansami, nadziejami wędrówki, jednak smród pozostanie do końca ich nikomu nie potrzebnych dni. Niestety są też ci, którzy całe życie spędzą z gębą w gównie, żałośnie jęcząc by Bóg o ile w ogóle istnieje skrócił ich marną egzystencję.
Pośród nas wydawałoby się normalnymi ludźmi znajdą się też ci, którzy alkoholem próbują ukryć jedynie swoje lęki, obawy, a przede wszystkim samotność. Wracają po dniu w pracy czy na uczelni, jedzą szybki obiad o ile wcześniej nie wpieprzyli jakiegoś śmiecia w jednej z gównianych Fast-foodowych restauracji. Zanim zasiądą na kanapie zdąża się pewnie jeszcze wysrać by potem cały wieczór spędzić z piwem i pilotem w dłoni oglądając coś co pewnie i tak kompletnie ich nie interesuję, chodzi tylko o to, żeby nie myśleć, zapomnieć przez chwilę o samotności. Sen nie jest lekarstwem, a zanim swoimi ramionami otuli ich Morfeusz spędzą jeszcze kilka godzin patrząc w sufit myśląc o tym jak pięknie byłoby gdyby…O związkach, miłości…nie…najlepiej o zabijaniu setek ludzi o czerpaniu z tego ogromnej radości powodującej wręcz twardnienie pragnącego ruchania kutasa. Innym to za pewne wydawałoby się chore pewnie słusznie, ale ludziom takim jak On to pomaga. Zasypia po długiej walce ze sobą, po tysiąckrotnym zmienianiu pozycji.
Przychodzi kolejny poranek budzą się z nadzieją, że dzisiejszy dzień diametralnie zmieni ich dotychczasową sytuacje. Szybkie śniadanie, potem prysznic brany ze świadomością, że ich pachy i jaja i tak spocą się zanim dotrą do pracy czy na uczelnie lub gdzie tylko chcą się dostać. Idąc na przystanek wyobrażają sobie, że w autobusie spotkają miłość swojego życia, a może przynajmniej wydarzy się coś co nastroi ich pozytywnie na resztę  dnia. Pozwoli skupić się na czymś innym.
Przekraczając próg miejsca do którego zmierzali zmieniają maskę z tej przywdziewanej w domu na tę, z której obcy nie wyczyta nastroju. Nie zauważą smutku czy nawet codziennego kaca. Być może do kaca współpracownicy, znajomi już przywykli po prostu nie reagując na ich wyraźne symptomy syndromu dnia następnego. Komputery, dokumenty, ćwiczenia, wykłady, wokół ludzie, którymi w większości gardzisz. Czarują więc uśmiechami na lewo i prawo by żaden z tych kretynów nie poczuł się urażony. W końcu jedni mogą pomóc w pracy, czy dać skserować notatki, których i tak nigdy nie robili bo po co, przecież inni nie piją mogą się tym zająć. Popatrzą jeszcze na co lepsze koleżanki zastanawiając się jakby to było je rżnąć. Maję te świadomość, że i tak są zajęte, a one zdają sobie sprawę, że oni gapią się na nie. Nie mają nic przeciwko pochlebia im to lubią jak się na nie patrzą, wszakże gdyby tylko wiedziały jakie chore myśli bombardują ich spaczone i wygłodniałe mózgi trzymałyby się od nich z daleka, albo co gorsza napuściłyby na nich swoich mężów, chłopaków.
Po kilku godzinach wracają do domów tylko po to by powtórzyć wszystkie te tak znienawidzone przez nich czynności. Obiad, piwo, kąpiel walenie konia, telewizja, problemy z zasypianiem, w końcu zmorzy ich sen. Ich mieszkania też najczęściej mają kilka cech wspólnych, zlew pełen naczyń gdzie te na samym dnie i tak już pewnie pokryła gruba warstwa pleśni pewnie nie raz myśleli już, że lepiej kupić jednorazowe i móc wyrzucać je po każdym użytku. Po chwili dociera do nich myśl, że i tak mają już problemy z wyrzucaniem śmieci więc dodatkowy bród mógłby tylko jeszcze w większym stopniu przyczynić się do zatarasowania ruchu na korytarzu. Z kilku czarnych worków już dawno zaczął unosić się nieprzyjemny odór. Może warto byłoby to wszystko wyrzucić razem z pustymi butelkami zdobiącymi szczyty wszystkich szaf w domu. Niektórzy z nich owe puste butelki traktują jak swego rodzaju manifest zwycięstw, ale jest to raczej wizualizacja ich długiej ścieżki alkodestrukcji. Te droższe alkohole trzymają w barku w centralnym pokoju. Stoją na widoku niczym ołtarz w kościele, tyle że tu zamiast Jezusa na krzyżu widnieje kilka niedopitych butelek whisky, brandy czy wódki. Na tym ołtarzu oni wiszą na krzyżu pozostając w trwającej wiecznie stagnacji  pogrążając się w beznadziei swojego bytu coraz bardziej bezwładnie miotając się w mieszance błota i gówna którą jest ich życie.
Z nadzieją czekają na weekend licząc na jakieś darmowe dupczenie. Już w piątek w trakcie pracy czy zajęć na uczelni myślą z kim, gdzie i kiedy będą chlać wódkę. Czy pójdą do klubu może na domówkę do któregoś ze znajomych. Pewnie boją się, że skończy się to jak co tydzień, że zamiast rżnięcia znów będą rzygać na kafelki klęcząc we własnych szczynach. Być może któremuś z nich uda się zachować umiar i zamiast kolejnej samotnej nocy przynajmniej jedną w tygodniu spędzą z jakąś łatwą pewnie pijaną szmatką. Alkohol mąci im w głowach odkrywa w nich super moce każe rzucać się na potencjalne ofiary. Kolejną i kolejną odpychani w końcu rezygnują i wkurwieni wracają do domu nocnym autobusem, taksówką, piechotą zaliczając po drodze jeszcze kilka otwartych dwadzieścia cztery godziny monopoli, szcząc na krzaki, elewacje, przystanki. Długa wędrówka wzbudza w nich ogromny apetyt więc po powrocie do swojej pustelni jedzą cokolwiek po to tylko by zapchać brzuch. Nieprzytomni korzystają z kibla i zamiast do niego zaszczywają wszystko w promieniu kilkudziesięciu centymetrów od klozetu. Zawsze to lepiej niż oszczać łóżko, z resztą ich pościele i tak nie były zmieniane od długiego czasu. W jego domu i tak nikogo nie ma wieć i nikt nie zauważy mokrej plamy na prześcieradle.
W niedziele budzą się nie wcześniej niż w południe ledwie żywi, obolali, z potwornym kacem. Część z nich może ujrzy swój wczorajszy posiłek na podłodze łazienki. Prysznic? Być może, ale po co przecież poza porannym sraniem i codziennym ciosaniem kołka i tak nie będzie dziś nic robił. Pewnie włączy telewizje, obejrzy kolejny idiotyczny serial, może program o sprzedajnych gwiazdach pozwalających wsadzać sobie w dupę rozgrzany pręt żeby ratować, albo zacząć karierę. Z resztą jego, ani jemu podobnym jest to kompletnie obojętne, ważne jest to że będą mogli rozsiąść się w swoim ulubionym fotelu z piwem może ze szlugiem. Niedziela jest dobrym dniem dla takich jak On, nie mają problemów z zasypianiem, nie muszą myśleć o mordowaniu, wystarczy by poczuli pod ciężkimi głowami poduszki, wygodnie rozłożyli się pod przepoconymi, przesiąkniętymi smrodem alkoholu i fajek kołdrami. 
CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz