poniedziałek, 11 kwietnia 2011

wstęp część 2


Takim człowiekiem jest właśnie bohater tego opowiadania. Chociaż zdecydowanie trafniejszym określeniem w tym wypadku było by nazwanie go cieniem lub nawet wrakiem człowieka. Pomimo, że do ukończenie trzydziestu wiosen pozostało mu jeszcze kilka lat już dawno znudził się swoją ziemską egzystencją, poszukiwaniem szczęścia, choćby niewielkiej namiastki tego innego świata, który stworzył w swoich myślach. Świata zgoła innego niż ten, w którym istniał jako zwykły szary byt. Pozbawiony wszelkich umiejętności, które pomogłyby mu bardziej się do niego przystosować. Bez jednego hobby, któremu oddawałby się całkowicie. Lubił i lubi nadal piłkę nożną jednak teraz już tylko oglądać ją siedząc wygodnie z piwem w swoim fotelu. Kiedy był młodszy grał w piłkę w lokalnej drużynie i sprawiało mu to ogromną radość. Niestety kontuzja wyeliminowała go na długi czas z gry. Po niej nie potrafił już wrócić do drużyny nie był w stanie nadrobić powstałych zaległości. Od tego czasu miał raczej słomiany zapał i jedną  pasję po kilku miesiącach porzucał dla kolejnej i kolejnej. Próbował wielu rzeczy, ale w niczym nigdy nie był dobry. Możliwym jest, że po prostu nie chciał tego, że nie potrafił odnaleźć w tych zajęciach tego czegoś co czyniłoby go szczęśliwym.
Nie lepiej wygląda jego życie towarzyskie. Nie znaczy to, że on wcale nie istnieje, owszem ma sporo znajomych, z którymi może wypić, pobawić się. Brakuje mu jednak kogoś z kim mógłby porozmawiać na co dzień, wyrzucić z siebie to całe gówno, które w nim siedzi. Ma oczywiście grupkę przyjaciół, którym ufa, ale oni mieszkają z dala od Miasta, w którym aktualnie przyszło mu żyć, a którego z całego serca nienawidzi. W momencie kiedy skończyli studia wyjechali z  Miasta, a on dalej gnił w miejscu, które sam zwykł nazywać studnią zaprzepaszczonych szans, studnią w której zamiast czystej wody widział jedynie zmieszane błoto i fekalia. Jego przyjaciół nadal dziwi fakt iż pozostał w Mieście, powtarzali mu, żeby spróbował wyjechać gdzieś indziej z dala od tego co sprawia mu taki ból. Nie chciał, bał się zmiany miejsca, poznawania nowych ludzi. Należy raczej do raczej do osób nieśmiałych, zamkniętych w sobie, które potrzebują długiego czasu by swobodnie czuć się w nowym towarzystwie. Stąd też pewnie wynikają jego problemy w stosunkach z płcią przeciwną. Nie jest osobą wzbudzającą zainteresowanie kobiet, czuje się nieswojo i bezradnie w ich towarzystwie. Woli raczej stać z boku i obserwować. Wyobraża sobie, że w końcu uczyni ten pierwszy krok i odezwie się lub chociażby uśmiechnie do kobiety, która mu się podoba. Jeżeli zdarzy się mu nawiązać kontakt wzrokowy nią to i tak spuszcza wzrok rozglądając się speszony wokół. Z reguły czeka na reakcje, ze strony przeciwnej, a sam biernie przygląda się rozwojowi zdarzeń. Wkurwia się za każdym razem kiedy tę, którą sobie upatrzył zagaduje inny mężczyzna, w jego mniemaniu mniej przystojny niż on sam. Ważnym elementem jest też jego nabyta nieufność do płci pięknej. Został kilkukrotnie porzucony przez swoje partnerki co odbiło się w jego postępowaniu. Jak ognia bał się też jeszcze jednej rzeczy, mianowicie odrzucenia. Próbował spotykać się z kobietami, umawiać się, niestety trafiał zawsze na takie, które jego zaloty odrzucały. Pomimo wysiłku, który w to wkładał, ukrywania wad, prób bycia zabawnym szarmanckim. Kolejne niepowodzenia miłosne wzbudzają więc w nim teraz strach przed kolejnym odtrąceniem.
Swojego czasy myślał, że w pokonaniu nieśmiałości pomoże mu alkohol. Początkowo faktycznie okazywał się przydatny, ale ilości które wypijał z czasem rosły i rosły doprowadzając do tego, że nie potrafił wyobrazić sobie zabawy bez picia. Upijał się coraz częściej, zapominał o manierach wieszał się bezwładnie na kobietach w klubach obłapując je nachalnie bełkocząc coś niezrozumiale próbował namawiać je do rżnięcia. Zawsze następnego dnia po tym jak znów coś odpierdolił przyjaciele tłumaczyli mu, że przesadza, że to wszystko zaszło już za daleko, żeby spróbował sobie poradzić z coraz szybciej posuwającym się problem. Udawał, że ich słucha potem nie pił kilka dni tylko po to by znów pić przez kilka kolejnych dni. Mógł liczyć na wsparcie dopóki miał przy sobie prawdziwych przyjaciół. Sytuacja zmieniła się o 180 stopni kiedy oni skończyli studia, wyprowadzili się do innych miast, a on został w tej studni pełnej gówna, szczyn i błota. Nie może już liczyć na pomoc bliskich mu osób, teraz kiedy zdarzy mu się pójść na jakąś imprezę i znów urżnąć ja wieprz znajomi od kieliszka częściej śmieją się z jego alkoholowych ekscesów, nakręcając go  do jeszcze większego pijaństwa. Potem gdzieś w Mieście spotyka ludzi wytykających go palcami patrzących z pogardą. Powoli zaczyna docierać do niego fakt, że alkohol systematycznie go niszczy spychając go jeszcze bliżej dna studni, którą się brzydzi. Z drugiej strony nie jest w stanie poradzić sobie z pustką, która wypełnia jego serce jedynie pijąc zapomina na chwilę  o potrzebie miłości i bliskości, których tak bardzo potrzebuje.  Jedynymi osobami, które darzy miłością są jego rodzicie i starszy brat kocha ich bezgranicznie, zazdroszcząc jednocześnie im szczęścia z faktu posiadania rodziny. Brat ożenił się w wieku, w którym on znajduje się teraz i od kilku lat jest mężem i ojcem. Wie, że jego czas powoli się kończy, będzie coraz starszy. Czeka choć  właściwie nie wie  na co.
Właśnie dlatego stworzył sobie inny, lepszy świat taki w, którym jest szczęśliwy, znalazł kogoś kto pokochał go pomimo jego wszystkich wad, że pomimo wrodzonego chamstwa ona dostrzega w nim coś wspaniałego. W świecie tym nie musi zmieniać masek może w końcu być sobą, pokazać jakim jest naprawdę człowiekiem. Nie mieszka już w Mieście, przeniósł się daleko, zostawił za sobą te gówno, zakończył wszystkie sprawy. Jest szczęśliwy. W tym świecie może być kimkolwiek zechce. Stworzył wszystko poczynając od nowego miejsca zamieszkania, po kochającą partnerkę jej imię, życiorys, wygląd. W szczegółach wyobraził sobie moment ich poznania, przebieg całego romansu potem kolejne etapy związku, ślub i dzieci. Przypominało to raczej scenariusz komedii romantycznej, aniżeli realnego świata, ale kreując to wszystko był wysoko ponad prawdziwym światem. Błąkał się gdzieś w innym wymiarze, w wyimaginowanym własnym innym wspanialszym świecie. Nie czuł w nim bólu, strachu i samotności dlatego tak bardzo lubił zagłębiać się  w Nowym Świecie jak czasami zdarzało mu się go nazywać. Kiedy przekraczał granicę między światem realnym a tym Nowym zostawiał za sobą smród dnia codziennego wkraczając w piękne, czyste i pozbawione wad miejsce. Był to jego raj. Nie raz zdarzyło mu się zamyślić na tyle, że tracił kontakt ze wszystkim, nie reagował na bodźcie świata zewnętrznego. Takie sytuacje miały miejsce nie tylko we własnym domu, ale i w pracy czy jeszcze wcześniej na uczelni. Innymi razy kiedy wkurwi się na coś w trakcie dnia wyjątkowo mocno, nie przenosi się do idyllistycznego świata, który sobie wyśnił. Wtedy trafia w sam środek działań wojennych, zabijając dziesiątki wrogów wyrzuca z siebie drzemiące w nim ogromne pokłady agresji. Człowiek, który nie marzy nie ma celów, wszakże warto pamiętać by tak wspaniała rzecz jakimi są marzenia nie stały się przyczyną problemów. Bohater traci chęci do życia w realnym świecie coraz więcej czasu spędzając w wyimaginowanym raju. Staje się to jego przypadku czymś na wzór nałogu, który z biegiem czasu coraz silniej wpływa na jego zwykłe życie. Widzi pewne rzeczy inaczej od innych, ubarwia rzeczywistość żeby stała się ona choć trochę podobna do jego Nowego Świata dostrzegając przez to coraz więcej wad w sobie samym jak i w realnym świecie. Zaczyna on jeszcze bardziej nienawidzić otaczającej go rzeczywistości.
Bohater nazywa się…

niedziela, 10 kwietnia 2011

Wstępu część 1


WSTĘP. cz1
Ludzie mawiają, że alkohol nie daje szczęścia, pieprzą bzdury. Dla kogoś kto nie jest w stanie poradzić sobie z brudem świata alkohol jest choć w małej cząstce substytutem radości, której tak namolnie szukają. Pełznąc  jak ślimaki po miejskich trawnikach pełnych gówna gówna, taplając się w błocie, próbują znaleźć właściwą drogę. Niektórym uda się w końcu doczołgać do końca usianej fekaliami, moczem, straconymi szansami, nadziejami wędrówki, jednak smród pozostanie do końca ich nikomu nie potrzebnych dni. Niestety są też ci, którzy całe życie spędzą z gębą w gównie, żałośnie jęcząc by Bóg o ile w ogóle istnieje skrócił ich marną egzystencję.
Pośród nas wydawałoby się normalnymi ludźmi znajdą się też ci, którzy alkoholem próbują ukryć jedynie swoje lęki, obawy, a przede wszystkim samotność. Wracają po dniu w pracy czy na uczelni, jedzą szybki obiad o ile wcześniej nie wpieprzyli jakiegoś śmiecia w jednej z gównianych Fast-foodowych restauracji. Zanim zasiądą na kanapie zdąża się pewnie jeszcze wysrać by potem cały wieczór spędzić z piwem i pilotem w dłoni oglądając coś co pewnie i tak kompletnie ich nie interesuję, chodzi tylko o to, żeby nie myśleć, zapomnieć przez chwilę o samotności. Sen nie jest lekarstwem, a zanim swoimi ramionami otuli ich Morfeusz spędzą jeszcze kilka godzin patrząc w sufit myśląc o tym jak pięknie byłoby gdyby…O związkach, miłości…nie…najlepiej o zabijaniu setek ludzi o czerpaniu z tego ogromnej radości powodującej wręcz twardnienie pragnącego ruchania kutasa. Innym to za pewne wydawałoby się chore pewnie słusznie, ale ludziom takim jak On to pomaga. Zasypia po długiej walce ze sobą, po tysiąckrotnym zmienianiu pozycji.
Przychodzi kolejny poranek budzą się z nadzieją, że dzisiejszy dzień diametralnie zmieni ich dotychczasową sytuacje. Szybkie śniadanie, potem prysznic brany ze świadomością, że ich pachy i jaja i tak spocą się zanim dotrą do pracy czy na uczelnie lub gdzie tylko chcą się dostać. Idąc na przystanek wyobrażają sobie, że w autobusie spotkają miłość swojego życia, a może przynajmniej wydarzy się coś co nastroi ich pozytywnie na resztę  dnia. Pozwoli skupić się na czymś innym.
Przekraczając próg miejsca do którego zmierzali zmieniają maskę z tej przywdziewanej w domu na tę, z której obcy nie wyczyta nastroju. Nie zauważą smutku czy nawet codziennego kaca. Być może do kaca współpracownicy, znajomi już przywykli po prostu nie reagując na ich wyraźne symptomy syndromu dnia następnego. Komputery, dokumenty, ćwiczenia, wykłady, wokół ludzie, którymi w większości gardzisz. Czarują więc uśmiechami na lewo i prawo by żaden z tych kretynów nie poczuł się urażony. W końcu jedni mogą pomóc w pracy, czy dać skserować notatki, których i tak nigdy nie robili bo po co, przecież inni nie piją mogą się tym zająć. Popatrzą jeszcze na co lepsze koleżanki zastanawiając się jakby to było je rżnąć. Maję te świadomość, że i tak są zajęte, a one zdają sobie sprawę, że oni gapią się na nie. Nie mają nic przeciwko pochlebia im to lubią jak się na nie patrzą, wszakże gdyby tylko wiedziały jakie chore myśli bombardują ich spaczone i wygłodniałe mózgi trzymałyby się od nich z daleka, albo co gorsza napuściłyby na nich swoich mężów, chłopaków.
Po kilku godzinach wracają do domów tylko po to by powtórzyć wszystkie te tak znienawidzone przez nich czynności. Obiad, piwo, kąpiel walenie konia, telewizja, problemy z zasypianiem, w końcu zmorzy ich sen. Ich mieszkania też najczęściej mają kilka cech wspólnych, zlew pełen naczyń gdzie te na samym dnie i tak już pewnie pokryła gruba warstwa pleśni pewnie nie raz myśleli już, że lepiej kupić jednorazowe i móc wyrzucać je po każdym użytku. Po chwili dociera do nich myśl, że i tak mają już problemy z wyrzucaniem śmieci więc dodatkowy bród mógłby tylko jeszcze w większym stopniu przyczynić się do zatarasowania ruchu na korytarzu. Z kilku czarnych worków już dawno zaczął unosić się nieprzyjemny odór. Może warto byłoby to wszystko wyrzucić razem z pustymi butelkami zdobiącymi szczyty wszystkich szaf w domu. Niektórzy z nich owe puste butelki traktują jak swego rodzaju manifest zwycięstw, ale jest to raczej wizualizacja ich długiej ścieżki alkodestrukcji. Te droższe alkohole trzymają w barku w centralnym pokoju. Stoją na widoku niczym ołtarz w kościele, tyle że tu zamiast Jezusa na krzyżu widnieje kilka niedopitych butelek whisky, brandy czy wódki. Na tym ołtarzu oni wiszą na krzyżu pozostając w trwającej wiecznie stagnacji  pogrążając się w beznadziei swojego bytu coraz bardziej bezwładnie miotając się w mieszance błota i gówna którą jest ich życie.
Z nadzieją czekają na weekend licząc na jakieś darmowe dupczenie. Już w piątek w trakcie pracy czy zajęć na uczelni myślą z kim, gdzie i kiedy będą chlać wódkę. Czy pójdą do klubu może na domówkę do któregoś ze znajomych. Pewnie boją się, że skończy się to jak co tydzień, że zamiast rżnięcia znów będą rzygać na kafelki klęcząc we własnych szczynach. Być może któremuś z nich uda się zachować umiar i zamiast kolejnej samotnej nocy przynajmniej jedną w tygodniu spędzą z jakąś łatwą pewnie pijaną szmatką. Alkohol mąci im w głowach odkrywa w nich super moce każe rzucać się na potencjalne ofiary. Kolejną i kolejną odpychani w końcu rezygnują i wkurwieni wracają do domu nocnym autobusem, taksówką, piechotą zaliczając po drodze jeszcze kilka otwartych dwadzieścia cztery godziny monopoli, szcząc na krzaki, elewacje, przystanki. Długa wędrówka wzbudza w nich ogromny apetyt więc po powrocie do swojej pustelni jedzą cokolwiek po to tylko by zapchać brzuch. Nieprzytomni korzystają z kibla i zamiast do niego zaszczywają wszystko w promieniu kilkudziesięciu centymetrów od klozetu. Zawsze to lepiej niż oszczać łóżko, z resztą ich pościele i tak nie były zmieniane od długiego czasu. W jego domu i tak nikogo nie ma wieć i nikt nie zauważy mokrej plamy na prześcieradle.
W niedziele budzą się nie wcześniej niż w południe ledwie żywi, obolali, z potwornym kacem. Część z nich może ujrzy swój wczorajszy posiłek na podłodze łazienki. Prysznic? Być może, ale po co przecież poza porannym sraniem i codziennym ciosaniem kołka i tak nie będzie dziś nic robił. Pewnie włączy telewizje, obejrzy kolejny idiotyczny serial, może program o sprzedajnych gwiazdach pozwalających wsadzać sobie w dupę rozgrzany pręt żeby ratować, albo zacząć karierę. Z resztą jego, ani jemu podobnym jest to kompletnie obojętne, ważne jest to że będą mogli rozsiąść się w swoim ulubionym fotelu z piwem może ze szlugiem. Niedziela jest dobrym dniem dla takich jak On, nie mają problemów z zasypianiem, nie muszą myśleć o mordowaniu, wystarczy by poczuli pod ciężkimi głowami poduszki, wygodnie rozłożyli się pod przepoconymi, przesiąkniętymi smrodem alkoholu i fajek kołdrami. 
CDN...